Są takie momenty w życiu, które przychodzą zupełnie nieoczekiwanie, ciche, niepozorne, a potem okazuje się, że zmieniają wszystko.

Moja historia z kawą zaczęła się właśnie w taki sposób.

Pochodzę z Podkarpacia. Studiowałam socjologię na Uniwersytecie Rzeszowskim, ale gdzieś w środku nosiłam marzenie
o Warszawie… O jej historii, energii i studiach na Uniwersytecie Warszawskim, jednej z najbardziej prestiżowych uczelni
w Polsce. Los jednak napisał dla mnie trochę inny, ale równie fascynujący scenariusz.

Pod koniec pierwszego roku studiów magisterskich na Uniwersytecie Warszawskim, w 2013 roku (a „13” nigdy nie była dla mnie pechowa), dostałam się na trzymiesięczny staż do Kancelarii Premiera. Wygrałam konkurs na stanowisko asystentki jednego
z ministrów. Było to miejsce pełne dynamiki, odpowiedzialności i codziennych wyzwań. Od czasu do czasu zastępowałam panią sekretarkę, a sekretariat, jak wiadomo żyje własnym tempem.

Pewnego dnia sekretarka nie mogła przyjść do pracy, bo miała chore dzieci, więc zajęłam jej miejsce. To był intensywny dzień. Minister miał gości, a w biurze pojawił się nowy ekspres do kawy. Poproszono mnie o przygotowanie napojów: kawy, herbaty oraz wody mineralnej  gazowanej i niegazowanej.

Herbatę zrobiłam bez problemu. Ale kawa… To było moje pierwsze spotkanie z takim urządzeniem. Stałam przed ekspresem zupełnie „zielona” i nie miałam pojęcia, od czego zacząć.

Wtedy podszedł minister i spokojnie, z uśmiechem powiedział:

„Pani Madziu, na spokojnie, zrobimy razem kilka kaw.”

I tak staliśmy obok siebie, ucząc się tego ekspresu. Rozmawialiśmy, próbowaliśmy jej smaku i śmialiśmy się z drobnych nieporadności. On był zachwycony urządzeniem, a ja całym tym momentem.

I właśnie wtedy coś się wydarzyło.

To była miłość od pierwszego… smaku.

Po stażu zostałam tam na dłużej. W międzyczasie wynajmowałam mieszkanie z Basią – moją współlokatorką, kobietą
po czterdziestce, która kochała kawę równie mocno, jak ja zaczynałam ją dopiero kochać…

To właśnie wtedy zaczęły się moje pierwsze eksperymenty.

Weekendami zamieniałam kuchnię w małe laboratorium. Uczyłam się robić kawę latte i smakowe cappuccino. Próbowałam zrozumieć, skąd biorą się te piękne warstwy, jasne, ciemne, mleczne przejścia. Oglądałam filmy na YouTube (to był już 2014 rok), testowałam i próbowałam od nowa.

A żeby kawa się nie marnowała, to Basia dzielnie wypijała nawet sześć czy siedem filiżanek dziennie. Ja dopiero zaczynałam, więc jedna, czasem dwie, były dla mnie maksimum.

Z czasem zaczęłam się bawić formą. Kupiłam małe, eleganckie pojemniki na przyprawy, czyli na cynamon, kakao, kardamon, drobno posiekaną czekoladę i cukier kokosowy. Każdy opisany, ustawiony jak w małej kawiarni. Z grubych okładek katalogów wycinałam wzory koniczyny, księżyce, kwiaty. Przykładałam je do filiżanki i delikatnie posypywałam kawę.

Tak powstały moje pierwsze kawowe dekoracje.

Pewnego dnia Basia przyniosła do domu kawiarkę produkcji szwajcarskiej, kupioną w likwidowanym sklepie w centrum handlowym. Pokazała mi ją i zapytała:

„Madzia, chcesz taką? Na trzy, sześć czy dziewięć espresso?”

Wybrałam sześć.

I tak zaczęła się kolejna faza mojej kawowej podróży. Kawiarka, która jest prosta, ale magiczna, bo dawała mi poczucie,
że tworzę coś prawdziwego. To już nie była tylko kawa. To był rytuał.

Jest jeszcze jedna historia z tamtego czasu, która na zawsze zostanie w mojej pamięci.

W 2015 roku zaraz po obronie pracy magisterskiej, mi mojemu szczęściu – miałam nogę w gipsie. Przez prawie trzy miesiące byłam całkowicie uziemiona. Nie chodziłam do pracy i bardzo rzadko wychodziłam z domu. To był trudny czas, ale jednocześnie bardzo piękny.

Właśnie wtedy naprawdę zobaczyłam, jak wiele znaczę dla ludzi, którymi się otaczałam.

Znajomi przychodzili, pomagali mi, robili zakupy, gotowali, dbali o to, żebym miała wszystko, czego potrzebuję. A ja chciałam
się jakoś odwdzięczyć.

I robiłam to najlepiej, jak potrafiłam – po prostu moją ukochaną kawą.

Kupowali mi mleko i kawę, a ja w zamian tworzyłam dla nich małe kawowe eksperymenty. Miałam różne syropy smakowe
i zaczęłam się nimi bawić. Do świeżo zaparzonej kawy z kawiarki dodawałam kilka kropel syropu czekoladowego, a do mleka waniliowego. Spieniałam je zwykłą elektryczną trzepaczką do jajek, aż powstawała delikatna, puszysta pianka, a potem łączyłam te smaki.

I tak powstawała moja kawa czekoladowo-waniliowa, prosta, domowa, ale tworzona z serca.

Do dziś pamiętam reakcje znajomych. Byli zachwyceni. A ja, siedząc z nogą w gipsie, czułam, że mimo wszystko mogę coś dawać od siebie.

I może właśnie wtedy zrozumiałam, że kawa to dla mnie coś więcej niż napój.

To sposób na bycie blisko ludzi.

Lata mijały, a moja miłość do kawy dojrzewała razem ze mną.

Pod koniec 2021 roku, trochę przypadkiem, kupiłam ekspres kapsułkowy. Miałam bony podarunkowe, trafiłam na promocję
i finalnie zapłaciłam za niego niecałe 25 złotych. To był impuls, ale bardzo trafiony.

A potem przyszedł rok 2023 i wakacje.

Kupiłam swój wymarzony ekspres kolbowy w kolorze przepięknego różu. Takiego, który przypominał mi budyń z dzieciństwa, który robiła mi i mojemu rodzeństwu mama. Byłam tak podekscytowana, że wracając ze sklepu, nie zauważyłam, kiedy urwało się ucho od pudełka… i cały ekspres spadł na chodnik.

Serce mi zamarło.

Na szczęście był dobrze zabezpieczony i nic się nie stało. Do dziś działa bez zarzutu.

Dziś mam trzy kawiarki, ekspres kapsułkowy i ekspres kolbowy oraz mnóstwo rodzajów kaw ziarnistych, mielonych i smakowych: pomarańcza, czekolada, orzech włoski, kukułki, pistacja, whisky czy rum.

Ale tak naprawdę najważniejsze nie są urządzenia.

Najważniejsze są te wszystkie momenty:

  • pierwsza niepewność,
  • pierwsza pomocna dłoń,
  • pierwszy zachwyt,
  • pierwsze próby,
  • pierwsze sukcesy.

Bo moja miłość do kawy nie zaczęła się od idealnej filiżanki, a zaczęła się od odwagi, żeby spróbować.

Our Mission

Roasted in house with sustainably sourced beans

Semper feugiat nibh sed pulvinar proin gravida. Non quam lacus suspendisse faucibus interdum. Tellus molestie nunc non blandit massa enim nec. Leo duis ut diam quam nulla porttitor. Viverra maecenas accumsan lacus vel facilisis volutpat.